wtorek, 13 marca 2018

Gdańsk Nieoczywisty - po mojemu


Piątek przed wyruszenie, poza porannym szaleństwem związanym z pakowaniem, minął dość spokojnie i nadzwyczaj miło. W pociągu z Warszawy do Gdańska spędziłam relaksujące 3 godziny. Podróż minęła szybko i przyjemnie – w pociągu pełna automatyzacja i łatwe do zrozumienia komunikaty głosowe. Byłam pewna, że poczuję oszałamiającą, reklamową prędkość Pendolino, ale tak nie było, nawet po wyjechaniu z Warszawy. Może miałam za duże oczekiwania?
            Do Gdańska dojechałam planowo, o 13:30. Przywitała mnie mżawka i wiatr, więc szybko ruszyłam do Szkolnego Schroniska Młodzieżowego, gdzie się zatrzymałam. Nie mogłam spędzić tych kilku dni
w Schronisku na Wałowej, czego do tej pory nie mogę odżałować. Niestety, jak się myśli o walizce, a nie noclegu, tak się kończy. Względnie szybko zostawiłam bagaż, jednak zrobiło się już po drugiej, więc pobiegłam na Długi Targ. Magia tego miejsca potrafiła mnie przyciągnąć z środka kraju, więc nie mogłam sobie odmówić spaceru, nawet w czasie deszczu. Zajrzałam też oczywiście do Baru Mlecznego Neptun (kolejny klimatyczny symbol na mapie Gdańska) na kawał pysznej ryby, nie było jednak czasu, aby delektować się nią w nieskończoność – zbliżała się 15:00, godzina spotkania z panem Andrzejem Dębcem, właścicielem Klubu Morza „Zejman”, czyli punktem pierwszym nieoczywistych spotkań.
            Nie ukrywam, nowa lokalizacja klubu okazała się trudniejsza do znalezienia, niż poprzednia – na Wyspie Spichrzów. Nigdy, nawet na szkolnych wycieczkach, nie zawędrowałam do Bramy Nizinnej. Mój bardzo babski rozum z mapy i nawigacji zrozumiał, że od Długiej odległość wynosi daleko. Udało się, pytając o drogę Gdańszczan, dotrzeć jednak na miejsce i… Zdziwiłam się. Wiedziałam, że Brama jest
w stanie renowacji i że dopiero zaczyna odżywać, ale mimo to jakoś nie odniosłam pozytywnego wrażenia widząc okolicę i stan Bramy. A może to przez deszcz wszystko wyglądało tak szaro i smutno? Pomijając lokalizację zwyczajnie ciężko było mi tam dojść. Dosłownie – kluczyłam między kałużami, ślizgałam się na mokrych liściach i kamieniach, którymi wybrukowana jest ulica krzykiem prosząca o remont.


            Pan Andrzej przywitał mnie już w bramie. Weszliśmy do chłodnego i skromnego w porównaniu
z poprzednią siedzibą, wnętrza. Tysiące ozdób zostały tutaj zastąpione kilkoma najbardziej reprezentacyjnymi, a długie i ciężkie drewniane stoły ustąpiły miejsca krótszym, które i tak ledwo mieściły się w małej sali. Gołe białe ściany były oparciem dla kilku większych eksponatów, szczególnie dla pięknego obrazu malowanego pastelą (podobno to największy tego typu obraz na świecie) przedstawiającego panoramę Gdańska. Malowidło robi świetne wrażenie, kiedy słucha się wspaniałych szant i widzi taki widok zza głowy zespołu.
            O „Zejmanie” można by opowiadać w nieskończoność, bo to miejsce wręcz magiczne – dzięki zaangażowaniu pana Andrzeja i klubowiczów, razem z lokalizacją przeniósł się niesamowity klimat. Członkowie klubu oraz właściciel na własną rękę wyszukują, skupują i odnajdują różnego rodzaju morskie pamiątki – od gwoździ z rozbitych okrętów, przez skrzynie pełne pirackich skarbów, aż do Heleny – statku, którzy przez trudności z przetransportowaniem go w całości musiał zostać w starej lokalizacji na Wyspie Spichrzów. Wyobrażacie sobie jednak zaangażowanie pana Andrzeja – postawić statek na lądzie i uczynić
z niego symbol miejsca? Tego nie da się podrobić – uczuć, którymi darzone jest morze i cała morska kultura, a które widać wyraźnie we wszystkim w klubie, kiedy tylko przekroczy się próg. W „Zejmanie” jest pewna niepowtarzalność, która towarzyszy temu miejscu tu, w Bramie Nizinnej i wcześniej na Wyspie Spichrzów. Czytając niedawno artykuły o swoich ulubionych restauracjach trafiłam na tytuł „Najlepsi sprzedają atmosferę” i z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że takie stwierdzenie odnosi się do „Zejmana”. Jeśli macie czas, możecie przekonywać się o tym rozmawiając z właścicielem, starym wilkiem morskim, który morze zna od dna do powierzchni i łatwo zarazi Was swoim entuzjazmem. Jeśli jednak jesteście osobami, które bazują na swoich odczuciach, a nie na przyswajanych informacjach, przyjdźcie na piątkowe szanty.
W sekundę przestaniecie zdawać sobie sprawę z tego, że siedzicie bezpiecznie na lądzie, a zaczniecie szukać wokół burty, żeby się jej kurczowo trzymać, bo morska atmosfera aż tak Tobą zakołysze.




Klub Morza „Zejman”, Brama Nizinna, ul. Brama Dolna, Gdańsk.
            Dzień drugi rozpoczął się leniwie – śniadanie w Schronisku, opracowanie planu wycieczki i ruszam – prosto do Stoczni Remontowa Shipbuilding na wodowanie żaglowca. Podczas wielu poprzednich wycieczek, nigdy nie udało mi się zobaczyć stoczni od wewnątrz, tym bardziej cieszyłam się, że otwarcie jej dla zwiedzających trafiło się właśnie teraz. Co więcej, miałam blade pojecie o statkach, czy to handlowych, czy innych lotniskowcach, dlatego bardzo zainteresowało mnie, jak wygląda wodowanie żaglowca.
            Na miejscu okazało się, że nie tylko ja uznałam wodowanie za warte uwagi – do stoczni zmierzały małe tłumy par i rodzin z dziećmi. Było tłoczno – między sceną dla artystów, namiotem gastronomicznym, orkiestrą dętą w mundurach oraz miejscem dla VIP – ów zgromadziło się lekką ręką ponad 200 osób.  W tloku trudno było znaleźć dobre miejsce na podziwianie całego widowiska, które odegrało się z lekkim opóźnieniem. Klucząc między dziecinnymi balonami i tłumem innych zainteresowanych, zatrzymałam się na samym brzegu kanału, skąd doskonale było widać przygotowany do wodowania łysy żaglowiec. Łysy, ponieważ żagli jeszcze nie było – ta część prac odbywa się już na wodzie.
Kiedy statek po długim i głośnym sygnale znalazł się wreszcie na wodzie, pierwszą moją myślą było „Już? To wszystko?”. Całe zamieszanie trwało dosłownie ułamek sekundy, muszę jednak przyznać, że było bardzo efektowne. Hałas towarzyszący wpadaniu tony żelaza do wody jest nie do opisania, podobnie jak wrażenie, które zrobiła wzbudzona przez żaglowiec fala. Przez chwilę miałam obawę, że chyboczący się statek przewróci się na jedną z burt i tyle będzie z sukcesu, na szczęście jednak wszystko skończyło się pionowo i dobrze.

Śledźcie stronę Stoczni Gdańskiej, aby móc kiedyś na żywo obejrzeć takie widowisko.
http://www.gdanskshipyard.pl/pl/
Stocznia Gdańska ul. Na Ostrowiu 15/20, Gdańsk
Kolejnym punktem na mojej nieoczywistej mapie była niedoceniana Gradowa Góra. Jeśli chcesz odwiedzić Gdańsk, żeby odpocząć, to jest jedno z najlepszych miejsc. Wystarczy wdrapać się, wcale nie za wysoko, żeby zobaczyć fantastyczną panoramę miasta. Z jednej strony dumne wieże starówki, z drugiej przemysłowa stocznia, a wszystko w cichym zgiełku miasta, które nieprzerwanie opowiada swoją historię. Jest ona tam widoczna, szczególnie kiedy przypomnimy sobie, że na dole stromych skarp, którymi otoczone jest wzniesienie, znajdowała się sucha fosa, jeden z elementów obrony tego nieocenionego w tym aspekcie punktu. Na szczycie natomiast znajduje się Hewelianum – centrum nauki nie tylko dla najmłodszych. Na uwagę zasługuje również podświetlany w nocy Krzyż Milenijny postawiony w celu upamiętnienia Wielkiego Jubileuszu Roku 2000. Ciekawostką jest, że krzyż został postawiony dokładnie w miejscu, gdzie w czasie trwania II Wojny Światowej stało działo przeciwlotnicze.



Adres wzniesienia: ul. Gradowa, Gdańsk
Trzecim punktem tego dnia była niespodzianka. Sama byłam mocno zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że w Gdańsku działała kiedyś… skocznia. Pierwsze skojarzenie natychmiast wywołało dysonans – góry nad morzem? Gdzie? Kiedy dotarłam do odpowiednich informacji, okazało się, że nie tylko góry i skocznie mogą być nad morzem, ale także doliny, między innymi Dolina Radości, w której zlokalizowana była skocznia. Mimo największego potencjału nieoczywistości, a co za tym idzie największych nadziei na zaskoczenie, nie udało mi się dotrzeć do skoczni. Zwiedziłam za to Dolinę Radości, która okazała się bardzo rozległa, cicha i jakby odcięta od hałasu tętniącego obok miasta. Jest świetnym miejscem na wycieczki rowerowe, ponieważ tutaj spotyka się wiele tras rowerowych prowadzących z i do miasta. Dowiedziałam się jednak, że drewniana konstrukcja ozdabiała okolice jeszcze w latach 90, kiedy czasy świetności skoczni już minęły wraz z odejściem lat 50 i 60 ubiegłego wieku. Podobna sytuacja spotkała skocznię (kolejną!) w Dolinie Samborowo. Wzniesienie nie zostało jednak zapomniane i dziś nosi nazwę nadaną mu przez kolarzy wyczynowców, którzy chętnie tam dają upust swojej energii – Tomac.
 Cały wyjazd zakończyłam kojącym spacerem po znanych i mniej znanych zaułkach Starego Miasta. Porządkowałam sobie w głowie wszystko, co zobaczyłam w miniony weekend. Klucząc między znanymi szyldami i tłumem turystów uświadomiłam sobie jedną bardzo ważną rzecz – wracając do znanych mi miejsc, nawet tak magicznych, jak centrum Gdańska… nudzę się. Nie oznacza to, ze przestaję lubić te swoje miejsca, ale kiedy patrzysz na świat z drugiej strony, tej nieoczywistej, z której istnienia czasami nie zdajesz sobie sprawy, nagle sentyment przestaje być dominujący i ustępuje miejsca ciekawości. Skoro w Gdańsku znalazłam skocznię, czego zupełnie bym się nie spodziewała nad morzem, to prawdopodobnie jest tu jeszcze wiele innych miejsc, które mogą mnie zaskoczyć. Widzicie, zwiedzanie to nie tylko muzea i kupowanie do nich biletów, żeby posłuchać przewodnika. To także zaspokajanie ciekawości na własną rękę, często przez doświadczenie i poszukiwanie, szczególnie miejsc nie oznakowanych jako warte zatrzymania się i obejrzenia. Moja wędrówka w miejsca nieoczywiste z całą pewnością tutaj się nie kończy. Przeciwnie – im dalej
w Rzeczpospolitą, tym Nieoczywiste ciekawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz