wtorek, 13 marca 2018

Wywiad z Prezydentem Gdańska

Co do Gdańska i mojej miłości do niego miałam jeszcze jedną myśl - czy jest ktoś, kto myśli o mieście tak ciepło jak ja i zna je jeszcze lepiej ode mnie? Odpowiedź przyszła sama. Udało mi się więc poprosić o rozmowę pana Pawła Adamowicza - obecnego prezydenta Gdańska.


Rzeczpospolita Nieoczywista: Wydaje się Pan najodpowiedniejszą osobą, żeby zadać względnie nieskomplikowane pytanie: jaki jest Gdańsk?

Paweł Adamowicz: Gdańsk jest miastem optymizmu, „Solidarności”. Jest dumny z siebie. Na pewno nie jest typowym polskim miastem, i nigdy nie będzie, bo jego przeszłość jest przeszłością niemiecko – polsko – słowiańską, menonicko – żydowską i tak dalej. Gdańsk jest rodzaju męskiego, ale mimo że to ponad tysiącletni mężczyzna, jest energetyczny, dynamiczny i otwarty.

RzN: Czy w takiej formie można traktować Gdańsk jako centrum Trójmiasta, czy raczej jego integralną część?

P.A.: Napa es Primus In de partes (łac. Pierwszy wśród równych sobie). Jest jego integralną częścią, chociaż Gdańsk poprzedził pojawienie się pozostałych miast. Dziś, przynajmniej ja tak twierdzę, że nie chodzi tylko o Trójmiasto, czyli o ponad 700 000 mieszkańców, ale
o znacznie szerszy układ metropolitalny od Lęborka do Malborka, który liczy ponad milion mieszkańców. Trudno mówić dziś tylko o Trójmieście, nie mówiąc o Tczewie, Pruszczu, czy z drugiej strony Wejherowie, Rumi, Redzie, Pucku. Dla przykładu powiat Pucki za kilka lat przekroczy liczbą mieszkańców miasto Gdynia. Mówimy często „Trójmiasto, Trójmiasto”, ale musimy częściej mówić już teraz mówić o metropolii Gdańskiej, czyli o szerszym układzie urbanistycznym.

RzN: A czym Gdańsk może wyróżnić się na tle tego układu, a przede wszystkim Trójmiasta?

P.A.: Wyróżnia się bez wątpienia tym, co się od razu rzuca w oczy, czyli oczywiście nie tylko liczbą ludności, bo jest najbardziej ludnym miastem. Na pewno wyróżnia się, z czego jesteśmy dumni, architekturą w tej starej części miasta, która została z dużym mozołem odbudowana przez naszych dziadków i rodziców, co nie było wcale takie pewne w latach 40
i 50 XX wieku. Dziś Gdańsk wyróżnia się na pewno dynamizmem rozwoju, dlatego, że pozyskał w ostatniej perspektywie finansowej Unii Europejskiej najwięcej pieniędzy na głowę mieszkańca w ten sposób, że przewyższył wielokrotnie Gdynię. Chociaż trzeba przyznać, że Sopot w swojej kategorii małych miast (Sopot ma 37 000 mieszkańców), zajął bardzo wysoką pozycję. Można więc powiedzieć, że Sopot jest tak samo skuteczny
w pozyskiwaniu środków unijnych.
Gdańsk to miasto uniwersyteckie, miasto portu morskiego i dynamicznie rozwijającego się portu lotniczego. Jak ktoś przyjeżdża „z zewnątrz” z Polski, zazdrości nam, że mamy w jednej całości, choć w trzech autonomicznych pod względem formalno – prawnym miastach, tak naprawdę wszystko. Mamy plażę, atrakcyjne miejsce rozrywki – myślę tu o Sopocie, mamy dwa silne gospodarczo miasta, Gdańsk i Gdynię. Mamy ogromne płuca kaszubskie, jeziora, lasy. Jesteśmy w pewnym sensie samowystarczalni. Przydałaby nam się jeszcze trochę wyższe pagórki, chociaż mamy parę tras narciarskich, oczywiście jeśli spadnie odpowiedni śnieg. Do pełnej wystarczalności przydałyby nam się jednak trochę góry. Nie możemy grzeszyć w Boga i narzekać, położenie jest ogromną rentą i atutem. Po wybudowaniu autostrady A1 i modernizacji linii kolejowej staliśmy się bardziej dostępni komunikacyjnie, bo nie ukrywam, czuliśmy się trochę peryferialni komunikacyjnie względem Warszawy czy innych ośrodków. Teraz już nie można tak powiedzieć.

RzN: A propos gór i wzniesień, dopiero niedawno dowiedziałam się, że w Gdańsku była skocznia narciarska. Niestety nie udało mi się dotrzeć do samej skoczni w Dolnie Radości, ale bardzo się nią zainteresowałam. Czy miasto ma plan czy pomysł na jej odbudowę?

P.A.: Miasto nie ma takiego planu, ale, oczywiście, jeśli pojawiłby się partner prywatny, to być może miasto zbudowałoby partnerstwo publiczno – prywatne. Staramy się być miastem prorynkowym, liberalnym gospodarczo, ale też i światopoglądowo. Wobec tego budowanie partnerstwa publiczno – prywatnego czy publiczno – publicznego, to dla nas taki oczywisty patent, który staramy się praktykować, a nie tylko mówić o nim.

RzN: A czy w Gdańsku jest coś jeszcze do odkrycia, czy miasto jest już na tyle znane, że nie da się tu odkryć tego, co nieoczywiste?

P.A.: To bardzo intrygujące pytanie, zaskoczyła mnie pani. Na pewno jeszcze jest. Ostatnio podczas budowy wielofunkcyjnego centrum Forum Gdańsk, odkryto po 100 latach, kazamaty dawnych fortyfikacji Gdańska. Wiadomym było, że tam są, ale odkryte zostały dopiero teraz. Tu, gdzie siedzimy w tej chwili, było pole przed fortyfikacjami Gdańska. Jesteśmy już poza tymi fortyfikacjami, które zostały odkryte w latach 90 XIX wieku. Tutaj był ich cały łańcuch, bo Gdańsk był twierdzą bardzo długo, można powiedzieć, że praktycznie do I wojny światowej pełnił bardzo istotną funkcję w systemie obronnym Cesarstwa Niemieckiego. Był wobec tego miastem dużego garnizonu wojskowego. Dziś nie ma tu już garnizonu ani wojska, można powiedzieć, że jesteśmy full peace city, po raz pierwszy w tysiącletniej historii Gdańska. Odkrywamy też sami takie miejsca, które były poza normalnym, cywilnym biegiem, a mianowicie dawne koszary wojskowe we Wrzeszczu, które zostały zbudowane
na przełomie XIX i XX wieku na potrzeby kawalerii huzarów, później wojska Wolnego Miasta Gdańska, czy dla formacji paramilitarnych i kolejno Ludowego Wojska Polskiego. Do dzisiaj jest to dzielnica, warto ją odwiedzić. Zwracam uwagę na maneż, gdzie ujeżdżano konie. Musi pani zobaczyć ten maneż, który ja też widziałem po raz pierwszy przedwczoraj. Strasznie pozytywnie się zdziwiłem, jak taką architekturę i funkcje z przełomu XIX i XX wieku zaadoptowano na rzecz kultury, rozrywki, spotkań. Takie miejsca odkrywamy w sensie poznawania, bo to miejsce zawsze było zmilitaryzowane, zamknięte, a teraz przechodzi długotrwałe odnowienie i staje się częścią żywej tkanki miasta, jakby nową subdzielnicą, Wrzeszcza. Odkrywamy wiele miejsc, pewnie są jeszcze takie do odkrycia, mamy na przykład takie… „odkryte i nie odkryte” fortyfikacje gdańskie wraz z dużymi podziemiami, które dziś są częściowo we władaniu Policji. Nie ukrywam, że mam takie marzenie, żeby Policje stamtąd ewakuować, oczywiście nie na siłę. Te fortyfikacje czekają. Mamy też takie miasto podziemne, myślę tu o dużych zbiornikach, kiedyś magazynach wody dziś już nie użytkowanych na ten cel. Jest jeszcze wiele miejsc znanych historykom, wąskiej grupie specjalistów, ale nie szerokiej publiczności Gdańska.

RzN: Czy w takim razie Gdańsk może zaskoczyć czymś poza sezonem, oprócz typowych atrakcji, jak zwiedzanie?

P.A.: Oj tak, myślę, że Gdańsk, tak jak każde miasto może. Wszystko zależy od tego, jakie mamy aspiracje, jakie my, turyści mamy potrzeby. Ta mapa możliwych miejsc do odwiedzenia, dotknięcia jest niedługa – Gdańsk jest miastem dużym, ale i kameralnym. Sądzę, że miasto jest „uszyte na miarę ludzką”, a to jest jego silny walor, może jeszcze do odkrycia przez przyszłych „osiedleńców”, których chcemy przyciągać, i zresztą przyciągamy. Na razie w dużej ilości z województwa warmińsko – mazurskiego, ale z innych województw również. Gdańsk jesienią, więc Gdańsk nawiedzany przez silne wiatry, przez położenie nad morzem, też daje wrażenia inne niż w miastach śródlądowych. Bez wątpienia są takie miejsca magiczne – na przykład plaża jest miejscem zdecydowanie magicznym. Zderzenie lądu
z żywiołem, z wodą. Jeśli ktoś ma kontemplatywną strukturę, a wierzę, że każdy ma, nawet
ci najbardziej hałaśliwi, to plaża właśnie jesienią i zima, poza tak zwanym sezonem, daje niesamowite wrażenia. Jeśli ktoś ma czas, ochotę i wyruszy nad Zatokę Gdańską jakimś obiektem pływającym, statkiem, żaglowcem, albo wzniesie się na jedno z okalających stare miasto wzgórz i popatrzy na zachód czy wschód słońca, widząc w dole gotyckie wieże
i dachy, to też daje silne wrażenie. Tak samo, kiedy już zajdzie słońce i popatrzy się
z różnych stron na Długie Pobrzeże z średniowiecznym dźwigiem portowym, czyli Żurawiem i innymi nieźle ziluminowanymi zabytkami. To wszystko daje przede wszystkim wrażenia wzrokowo – emocjonalne.

RzN: Oczywistym jest, że turystyka jest najbardziej aktywna w sezonie letnim, poza sezonem mamy kontemplacje, ale można się zastanowić, czy miasto żyje dzięki turystyce, czy to turystka funkcjonuje dzięki temu, że tak interesujące jest miasto?

P.A.: Myślę, że miasto jest takie, jak jego mieszkańcy. Można to odnieść do każdego miasta. Miasto nie jest dla turystów, miasto jest dla mieszkańców – jeżeli mieszkańcy dobrze się czuja w mieście, chcą się bawić, spotykać, poza swoim miejscem zamieszkania, mają na to czas, oczywiście też środki finansowe, bo niektóre formy kontaktów międzyludzkich kosztują, to sądzę, że to mieszkańcy wytwarzają ten klimat. Oczywiście zawsze tą częścią mieszkańców, którzy w średniowieczu, w renesansie i w kolejnych epokach ożywiała miasto, są młodzi ludzie, studenci, uczniowie. Od ich kreatywności, pasji, buty i zadziorności zależy, jak się dzieje. W Gdańsku były takie słuszne debaty, że szkoda, że w Śródmieściu Gdańska nie ma uczelni wyższej, że są poza, w innych dzielnicach. Nie zmienia to faktu, że młodzi ludzie zawsze nadają rytm. Powstało w ostatnim czasie mnóstwo nowych, dobrych restauracji, miejsc spotkań w Śródmieściu Gdańska czy w tej historycznej części. Gdańszczanie testują i zaczynają odkrywać walory spędzania wolnego czasu aktywnie. Myślę tutaj o radykalnie rosnącym zainteresowaniu bieganiem. Różne maratony, pół - maratony
i w sezonie i poza sezonem cieszą się ogromnym zainteresowaniem. To coś nowego, ale oczywiście można to odnieść nie tylko do Gdańska, nastała teraz taka bardzo dobra moda na bieganie. Jeszcze wcześniej, pojawiła się u nas moda na jeżdżenie rowerem. Kiedy byłem prezydentem po raz pierwszy 17 lat temu, wtedy pewien Krakus, taki działacz rowerowy, namówił mnie do startowania o grand na budowę dróg rowerowych. Wtedy pozyskaliśmy pierwszy milion dolarów z Funduszu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Tak się zaczęła nasz przygoda z drogami rowerowymi. Staliśmy się w Polsce jednym z liderów ruchu rowerowego. To też jest nowa rzecz, rowery nie tylko w sezonie, ale również poza nim. Gdańszczanie muszą się dobrze czuć w Gdańsku, tak samo jak Wrocławianie we Wrocławiu, Poznaniacy w Poznaniu. Jeśli mieszkańcy chcą korzystać z szans, które daje im miasto, to sądzę, że w ten sposób w te dobre klimaty też wchodzą turyści. Oczywiście liczy się reklama
i promocja, na przykład Euro 2012, było przełomowym momentem pokazania się Gdańska w Europie. Euro na pewno bardzo nam pomogło w przyspieszeniu otwierania hosteli i całego ruchu hostelowego, czyli tanich, ale w dobrej jakości miejsc noclegowych, i oczywiście hoteli. Sprawdza się tu taka teoria, że im więcej w mieście hosteli, tym więcej turystów. Paradoksalnie ci hostelowi turyści są awangardą późniejszych turystów z grubszymi portfelami, jak na przykład „nasz” Anglik. (Historia Anglika, który zamieszkał w Gdańsku). Zrobił nam świetną reklamę. Dlatego podkreślam, że nie chcę lekceważyć turystyki, ale nie powiem, że jest najważniejszą, czy główną gałęzią gospodarki, bo nie jest i twierdzę, że nie będzie. Nie będziemy Wenecją, Paryżem, po prostu jesteśmy Gdańskiem i będziemy Gdańskiem. Turystyka jest potrzebna bo dobrze jest spotkać ludzi innych kultur i innych języków czy przekonań. Dobrze, że oni przyjeżdżają, że się spotykamy. Wpływy tych, którzy żyją z turystyki są, istotne, ważne, ale nie są dla gospodarki i budżetu miasta głównym źródłem. Głównym źródłem są usługi i przemysł, tak było, jest i będzie. Turystyka jest ważnym dopełnieniem, ale nie fundamentem gospodarki.

RzN: Szukając informacji o Gdańsku, jako najbardziej znanego Gdańszczanina znalazłam oczywiście pana Lecha Wałęsę, stąd pytanie: czy wśród mniej lub bardziej znanych Gdańszczan, ma pan swojego ulubionego, który był inspiracją, autorytetem przez cały ten czas, kiedy sprawuje pan urząd prezydenta miasta?

P.A.: Wielu. To jest właśnie to odkrywanie. Taką osobą, która spędziła chyba najważniejszą chęć życia, a także tutaj zmarła i jest pochowana, choć grób pewnie w pożodze czasu zaginął, jest Stanisława Przybyszewska, córka Stanisława Przybyszewskiego. Można o niej powiedzieć językiem współczesnym, że była to kobieta wyzwolona, zadziorna, nonkonformistka, autorka zekranizowanego przez Wajdę „Dantona”. Za chwilę w Operze Bałtyckiej będzie premiera dedykowanej jej opery „Olimpia z Gdańska”. To bardzo ciekawa postać, trochę nie pasująca do mieszczańskiego, ciężkiego, burżuazyjnego, nieco prowincjonalnego miasta. Eksperymentowała z narkotykami, życie miała burzliwe. Mogę wymienić również burmistrza, który nie urodził się w Gdańsku i według historyków był pierwszym burmistrzem nie – gdańszczaninem, czyli był z importu, przywieziony w teczce. Nazywał się Leopold von Winter, burmistrz, który dla mnie był pewną inspiracją, bo przyjechał do Gdańska, który był zapyziały, zapomniany, trzecia liga miast niemieckich. To on przez swój dynamizm, zaangażowanie i wyobraźnię unowocześnił Gdańsk. Dał mu podstawy do jego dalszego rozwoju. Otworzył Gdańsk ku urbanizacji kapitalistycznej, ku rozwojowi przemysłu, budowy kanalizacji, wszystkich zdobyczy cywilizacji, o które miasta na przełomie XIX i XX wieku zabiegały. Bez wątpienia bez von Wintera Gdańsk byłby dalej prowincją. Mimo że to Niemiec, to traktuję go jako swojego poprzednika i mówię o nim „mój wielki poprzednik”. To też pokazuje, w jaki sposób zachodziły u nas przemiany. Nie mówię
o wszystkich Gdańszczanach, ale na pewno u mnie, człowieka, który kiedyś, jako młody człowiek nie miał świadomości – bo nas tego nie uczono w szkole, sami to odkrywaliśmy – że Gdańsk nie był nigdy tak polskim miastem jak Kraków, Warszawa, czy Lublin, że to było miasto o dominującym żywiole niemieckojęzycznym, i że nie mamy w tym kompleksu. Kiedy widzę we Frankfurcie i Monachium na przemian nazwę Gdańsk i Danzig, nie wywołuje to we mnie żadnych złych skojarzeń i emocji. Faktem jest, że przeszliśmy pewną drogę do tego, więc von Winter jest dla mnie kimś istotnym. Z kolei kiedy jadę z córką
i ojcem do Wilna, do miasta, w którym on się urodził, żeby córce pokazać korzenie rodzinne, myślę sobie: „Kiedy Litwini, mieszkańcy Wilna uświadomią sobie i pozbędą się tych lęków,
i powiedzą: Wilno to też było polskie miasto i ma też polską twarz, przestaną na siłę lituanizować Wilno, tak, jak my przez całe dziesiątki lat polonizowaliśmy Gdańsk?” W tej wędrówce pamięci, odrobione lekcje z „pamięci” mają głębszy wymiar, bo to również wejście w europejskość, lepsze zrozumienie Europy, całej tej wspólnoty, a wobec tego lepsze uodpornienie się na wszystkie lęki, - izmy,  i bycie bardziej otwartym, a równocześnie  bardziej świadomym swoich korzeni i tożsamości, bo bycie otwartym nie oznacza porzucenia ich, jak niektórzy próbują nam wmawiać. Wręcz przeciwnie – spotkanie się z obcym jest wzbogaceniem ciebie, a nie atakiem czy poddaniem się, jakby niektórzy rodacy chcieliby nam to wmówić.




RzN: A tak trochę prywaty po zawodowych inspiracjach: ulubiona forma spędzania wolnego czasu to miejsce popularne, czy kameralne?

P.A.: Właśnie kameralne. Ta praca ma to do siebie, że cały czas jesteś na świeczniku, cały czas współobywatele na ciebie patrzą, oceniają, pokazują palcem, przychodzą, pytają, chwalą i narzekają. Odpoczynek więc zdecydowanie w formie kameralnej. Mam jeszcze stosunkowo małe dzieci, które nie zawsze dobrze znoszą, jak idziemy razem na spacer i częstym zjawiskiem, miłym, ale niekiedy uciążliwym, jest zatrzymywanie mnie przez mieszkańców. To miłe, ale córki, które mają 5 i 12 lat nie muszą tego rozumieć. W pewnym sensie rozumieją, ale chcą mieć ojca na własność w takich momentach. Odpoczynek kameralny, ale tych publicznych nie da się całkiem wyeliminować, tym bardziej, że każdy z nas – prezydentów, burmistrzów, wójtów ma mandat demokratyczny, czyli niejako codziennie pracujemy nad potwierdzeniem tego poparcia społecznego. Trzeba więc być z ludźmi, to naturalne w demokratycznym systemie. Nawet nie chodzi tutaj o celebryctwo i prostacki PR, tylko bycie ze swoimi współobywatelami.

RzN: Czyli jakby udało się względnie niezauważenie przemknąć do kawiarni, restauracji, to gdzie by to było?

P.A.: Ostatnio zostałem zaproszony do takiej restauracji, w której byłem pierwszy raz, dosłownie obok wejścia do Bazyliki Mariackiej, największego w Europie obiektu sakralnego z cegły. Nawet zapamiętałem nazwę – „Piwna 47”. Bardzo ładnie zrobiona, świetna kuchnia. Bardzo miłe doświadczenie, tym bardziej, że restauracja powstała w całkiem nowym miejscu, gdzie inwestor musiał zakupić kilka mieszkań, połączyć je i dopiero zrobić dwupoziomową restaurację w lekkim, nie przeładowanym designie, w jasnej kolorystyce. Przez okno widać tę cudowną bryłę, jeśli ktoś lubi gotyk, Kościoła Mariackiego. Fajne, magiczne miejsce.

RzN: Wróćmy jednak na chwilę do pracy. Sprawuje pan urząd już 17 lat. Sporo.
Z jakiej decyzji wprowadzonej w tym czasie w życie jest pan najbardziej dumny?

P.A.: Trudne pytanie. Bez fałszywej skromności tych dobrych decyzji było wiele. Zwrócę uwagę, że dość spektakularna decyzja sprawiła, że byliśmy pierwsi w Polsce i że okazało się to później wizerunkowym sukcesem dla zgłaszających się miast i dla Polski. Myślę tu o Euro 2012. Pamiętam doskonale ten moment, kiedy trzech moich pracowników przyszło tutaj, do pokoju, w którym rozmawiamy i poinformowało mnie, o czym nie do końca miałem pojęcie, że Polski Związek Piłki Nożnej wczoraj czy przedwczoraj podjął decyzję o staraniu się razem z Ukrainą o organizację Euro 2012. Nie ukrywam, że z jednej strony wydawało mi się to kosmicznym pomysłem, nie mającym kontaktu z rzeczywistością, szalonym. Uznałem, że cel przerastający możliwości Gdańska – bo nie muszę przypominać, jak wtedy wyglądała polska piłka nożna – wydawało mi się, że to wystarczająco ambitne zadanie, które może zmobilizować Gdańszczan, zjednoczyć, bez względu na przynależność do różnych „parafii” partyjnych, i że na to nakłada się również nowa perspektywa UE. Byliśmy pierwsi, którzy złożyli aplikację. Wszyscy pukali się w głowę.

RzN: Że to za duże przedsięwzięcie?

P.A.: Przerastające. Wtedy w Polsce nie było żadnego sensownego stadionu, że w ogóle my z Ukrainą nie dostaniemy tego prawa do organizacji, że w ogóle tego nie wygramy. Później się okazało, że moi koledzy i koleżanka, prezydenci dużych miast, po dłuższym okresie zastanawiania się, często wymuszonym przez lokalnych kibiców piłki nożnej, zaczęli składać aplikacje. Pamiętam, że wielu z nich nadal nie wierzyło, że to ma jakikolwiek sens
i szanse sukcesu, niektórzy do tego stopnia, że ich miasta się później „nie załapały” do tego ścisłego grona. Wielu wydawało się, że nie trzeba się starać, a my wtedy wykonaliśmy gigantyczną pracę, myślę tu o organizacji, czy mówiąc wprost: politycznej pracy, pozyskiwaniu głosów ludzi. Pamiętam jak dziś, jak Lech Wałęsa, mój najznakomitszy obywatel, mieszkaniec Oliwy, na moją prośbę również się zaangażował. Nie tylko pod względem nazwiska. Przyjął moje zaproszenie na kolację z delegacją, która nas oglądała. Na tej kolacji, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie był pół godziny, ale wytrzymał i nawet się dobrze czuł, dwie godziny. Był to ewenement, bo Lech Wałęsa zwiedził wszystkie miasta, które warto jest na świecie odwiedzić, spotkał się z możnymi świata, z którymi w tamtym czasie trzeba było się spotkać, więc nic mu już nie imponuje i częściej u niego pojawia się nastrój znużenia, więc w ramach patriotyzmu zachował się bardzo patriotycznie i nas wsparł. Pomógł tutaj nie tylko Gdańskowi, ale również wspierał polską kandydaturę. Myślę, że przede wszystkim wizerunkowo przekonywał ekspertów UEFA, że Gdańsk się nadaje, chociaż, powtarzając słowa popularnej piosenki, tutaj było nawet nie ściernisko, ale pole działkowe, gdzie kury chodziły, a nawet świnki się gdzieś pasły. Trzeba było przekonać, że może tu powstać stadion piłkarski, że zdążymy na czas. Fajnie, że do tego pociągu „Euro 2012” złapaliśmy się jako pierwsi i udało się tym pociągiem dojechać do stacji Czerwiec 2012 i odnieść duży wizerunkowy, organizacyjny – pod każdym względem - sukces. Po latach, z perspektywy, mnóstwo decyzji redukuje się do jednej, dwóch. Często prezydentura jest oceniana jest przez pryzmat kilku inwestycji, obiektów, które są symbolami. Inne rzeczy, niekiedy nawet ważniejsze, są zasłaniane przez te spektakularne obiekty, typu chociażby stadion piłkarski. Tak, to była decyzja chyba dość istotna w historii Gdańska, i Polski też, bo wydaje mi się, że to, że polskie miasta uzyskały dzięki temu nowoczesne stadiony, pozwoliło nasze polskie kompleksy zredukować. Piłka nożna jest najbardziej spektakularnym miejscem spotkania się ludzkości. Bez względu na to, czy ktoś jest fanem, czy nie, piłka nożna była, jest i chyba długo będzie zwornikiem emocji mieszkańców globu, przynajmniej naszej części. Dobrze się stało, że mamy te obiekty i że mamy to już za sobą, lekcje odrobiliśmy, mamy to uporządkowane, możemy iść dalej, możemy porządkować inne rzeczy. Pamiętam te dyskusje, jakie mieliśmy kompleksy na tle stadionu w Chorzowie, że nie mamy gdzie grać, nie mamy się czym pochwalić. Stadiony, które niektórzy traktują jako współczesne katedry, stały się synonimem powrotu do rodziny krajów zamożnych, albo takich o dobrym samopoczuciu ich mieszkańców.

RzN: 17 lat minęło, kilka jeszcze na pewno przed panem i tego życzę przede wszystkim, ale czy mam życzyć, żeby te lata były spokojne, czy pracowite? 

P.A.: Lata pracowite nie stoją w sprzeczności z pojęciem spokoju. Tu nigdy nie ma takiego pełnego spokoju, codziennie coś się dzieje. Urzędujący prezydent podlega kontroli społecznej, medialnej, to jest oczywiste. Rozmawiamy w dniu, kiedy kandydatka na premiera, pani Beata Szydło, ogłosiła skład rządu. Nie jest tajemnicą, że Gdański Pis, czy też pomorskie Prawo i Sprawiedliwość najchętniej prezydenta Gdańska i innych prezydentów luźno lub mocno związanych z Platformą Obywatelską zgilotynowałoby, z zasady, aby mieć władzę od góry do dołu. Te 3 lata, które mi pozostały do zakończenia piątej kadencji, do osiągnięcia dwudziestu lat prezydentury, mogą być ekscytujące, wcale nie muszą być spokojne. Już to przerabiałem – rządy Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, wiem, jak to było. Może być różnie, ale pozostaje mi mieć nadzieję, że pragmatyzm, czy racjonalność ostatecznie będą przeważały. Cytując Młynarskiego, trzeba robić swoje i trzeba wierzyć, że nowy rząd będzie chciał razem z samorządami mądrze spożytkować środki unijne i musi współpracować
z nami, a z kolei my musimy współpracować z rządem. Nie ma po prostu innej alternatywy. Jedziemy na jednym wózku, choć w różnych wagonach. Może niekoniecznie składy tych wagonów muszą się lubić, ale powinny się szanować i przestrzegać zasad gry, bo przy wszystkich różnicach, jedziemy do jednego celu. Samorząd jest kluczowym beneficjentem środków unijnych, a wobec tego kluczowym dla osiągnięcia sukcesu. Myślę, że rząd PiSu chce przejść do historii jako rząd, który spożytkował tę ostatnią, dużą transzę środków unijnych do roku 2022, a właśnie za rządów PiSu spożytkowanie będzie następować i nie będzie można na nikogo winy zrzucić. W moim przypadku tak się poukładało, że
w samorządzie przepracowałem 25 lat. Mając 25 lat, będąc świeżo upieczonym absolwentem Wydziału Prawa i Administracji, dopiero rozpoczynałem przygodę z samorządem terytorialnym. Dziś kończę 50 lat, czyli pół wieku życia i patrzę trochę wstecz, ale również do przodu z roztropnym optymizmem. Mamy bardzo dobre motto herbu Gdańska: nec tenere tenere nec timide, czyli ani zuchwale, ani trwożnie, a ujmując to w jednym słowie – roztropnie. Ważna cnota starożytna i późniejsza, pod którą wielu ludzi podpisałoby się. Myślę, że ja i Gdańsk poradzimy sobie.

RzN: W to nie wątpię i dziękuję za poświęcony czas.





* wycieczka do Gdańska odbyła się w listopadzie 2015 roku. Wtedy też został przeprowadzony wywiad.

Gdańsk Nieoczywisty - po mojemu


Piątek przed wyruszenie, poza porannym szaleństwem związanym z pakowaniem, minął dość spokojnie i nadzwyczaj miło. W pociągu z Warszawy do Gdańska spędziłam relaksujące 3 godziny. Podróż minęła szybko i przyjemnie – w pociągu pełna automatyzacja i łatwe do zrozumienia komunikaty głosowe. Byłam pewna, że poczuję oszałamiającą, reklamową prędkość Pendolino, ale tak nie było, nawet po wyjechaniu z Warszawy. Może miałam za duże oczekiwania?
            Do Gdańska dojechałam planowo, o 13:30. Przywitała mnie mżawka i wiatr, więc szybko ruszyłam do Szkolnego Schroniska Młodzieżowego, gdzie się zatrzymałam. Nie mogłam spędzić tych kilku dni
w Schronisku na Wałowej, czego do tej pory nie mogę odżałować. Niestety, jak się myśli o walizce, a nie noclegu, tak się kończy. Względnie szybko zostawiłam bagaż, jednak zrobiło się już po drugiej, więc pobiegłam na Długi Targ. Magia tego miejsca potrafiła mnie przyciągnąć z środka kraju, więc nie mogłam sobie odmówić spaceru, nawet w czasie deszczu. Zajrzałam też oczywiście do Baru Mlecznego Neptun (kolejny klimatyczny symbol na mapie Gdańska) na kawał pysznej ryby, nie było jednak czasu, aby delektować się nią w nieskończoność – zbliżała się 15:00, godzina spotkania z panem Andrzejem Dębcem, właścicielem Klubu Morza „Zejman”, czyli punktem pierwszym nieoczywistych spotkań.
            Nie ukrywam, nowa lokalizacja klubu okazała się trudniejsza do znalezienia, niż poprzednia – na Wyspie Spichrzów. Nigdy, nawet na szkolnych wycieczkach, nie zawędrowałam do Bramy Nizinnej. Mój bardzo babski rozum z mapy i nawigacji zrozumiał, że od Długiej odległość wynosi daleko. Udało się, pytając o drogę Gdańszczan, dotrzeć jednak na miejsce i… Zdziwiłam się. Wiedziałam, że Brama jest
w stanie renowacji i że dopiero zaczyna odżywać, ale mimo to jakoś nie odniosłam pozytywnego wrażenia widząc okolicę i stan Bramy. A może to przez deszcz wszystko wyglądało tak szaro i smutno? Pomijając lokalizację zwyczajnie ciężko było mi tam dojść. Dosłownie – kluczyłam między kałużami, ślizgałam się na mokrych liściach i kamieniach, którymi wybrukowana jest ulica krzykiem prosząca o remont.


            Pan Andrzej przywitał mnie już w bramie. Weszliśmy do chłodnego i skromnego w porównaniu
z poprzednią siedzibą, wnętrza. Tysiące ozdób zostały tutaj zastąpione kilkoma najbardziej reprezentacyjnymi, a długie i ciężkie drewniane stoły ustąpiły miejsca krótszym, które i tak ledwo mieściły się w małej sali. Gołe białe ściany były oparciem dla kilku większych eksponatów, szczególnie dla pięknego obrazu malowanego pastelą (podobno to największy tego typu obraz na świecie) przedstawiającego panoramę Gdańska. Malowidło robi świetne wrażenie, kiedy słucha się wspaniałych szant i widzi taki widok zza głowy zespołu.
            O „Zejmanie” można by opowiadać w nieskończoność, bo to miejsce wręcz magiczne – dzięki zaangażowaniu pana Andrzeja i klubowiczów, razem z lokalizacją przeniósł się niesamowity klimat. Członkowie klubu oraz właściciel na własną rękę wyszukują, skupują i odnajdują różnego rodzaju morskie pamiątki – od gwoździ z rozbitych okrętów, przez skrzynie pełne pirackich skarbów, aż do Heleny – statku, którzy przez trudności z przetransportowaniem go w całości musiał zostać w starej lokalizacji na Wyspie Spichrzów. Wyobrażacie sobie jednak zaangażowanie pana Andrzeja – postawić statek na lądzie i uczynić
z niego symbol miejsca? Tego nie da się podrobić – uczuć, którymi darzone jest morze i cała morska kultura, a które widać wyraźnie we wszystkim w klubie, kiedy tylko przekroczy się próg. W „Zejmanie” jest pewna niepowtarzalność, która towarzyszy temu miejscu tu, w Bramie Nizinnej i wcześniej na Wyspie Spichrzów. Czytając niedawno artykuły o swoich ulubionych restauracjach trafiłam na tytuł „Najlepsi sprzedają atmosferę” i z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że takie stwierdzenie odnosi się do „Zejmana”. Jeśli macie czas, możecie przekonywać się o tym rozmawiając z właścicielem, starym wilkiem morskim, który morze zna od dna do powierzchni i łatwo zarazi Was swoim entuzjazmem. Jeśli jednak jesteście osobami, które bazują na swoich odczuciach, a nie na przyswajanych informacjach, przyjdźcie na piątkowe szanty.
W sekundę przestaniecie zdawać sobie sprawę z tego, że siedzicie bezpiecznie na lądzie, a zaczniecie szukać wokół burty, żeby się jej kurczowo trzymać, bo morska atmosfera aż tak Tobą zakołysze.




Klub Morza „Zejman”, Brama Nizinna, ul. Brama Dolna, Gdańsk.
            Dzień drugi rozpoczął się leniwie – śniadanie w Schronisku, opracowanie planu wycieczki i ruszam – prosto do Stoczni Remontowa Shipbuilding na wodowanie żaglowca. Podczas wielu poprzednich wycieczek, nigdy nie udało mi się zobaczyć stoczni od wewnątrz, tym bardziej cieszyłam się, że otwarcie jej dla zwiedzających trafiło się właśnie teraz. Co więcej, miałam blade pojecie o statkach, czy to handlowych, czy innych lotniskowcach, dlatego bardzo zainteresowało mnie, jak wygląda wodowanie żaglowca.
            Na miejscu okazało się, że nie tylko ja uznałam wodowanie za warte uwagi – do stoczni zmierzały małe tłumy par i rodzin z dziećmi. Było tłoczno – między sceną dla artystów, namiotem gastronomicznym, orkiestrą dętą w mundurach oraz miejscem dla VIP – ów zgromadziło się lekką ręką ponad 200 osób.  W tloku trudno było znaleźć dobre miejsce na podziwianie całego widowiska, które odegrało się z lekkim opóźnieniem. Klucząc między dziecinnymi balonami i tłumem innych zainteresowanych, zatrzymałam się na samym brzegu kanału, skąd doskonale było widać przygotowany do wodowania łysy żaglowiec. Łysy, ponieważ żagli jeszcze nie było – ta część prac odbywa się już na wodzie.
Kiedy statek po długim i głośnym sygnale znalazł się wreszcie na wodzie, pierwszą moją myślą było „Już? To wszystko?”. Całe zamieszanie trwało dosłownie ułamek sekundy, muszę jednak przyznać, że było bardzo efektowne. Hałas towarzyszący wpadaniu tony żelaza do wody jest nie do opisania, podobnie jak wrażenie, które zrobiła wzbudzona przez żaglowiec fala. Przez chwilę miałam obawę, że chyboczący się statek przewróci się na jedną z burt i tyle będzie z sukcesu, na szczęście jednak wszystko skończyło się pionowo i dobrze.

Śledźcie stronę Stoczni Gdańskiej, aby móc kiedyś na żywo obejrzeć takie widowisko.
http://www.gdanskshipyard.pl/pl/
Stocznia Gdańska ul. Na Ostrowiu 15/20, Gdańsk
Kolejnym punktem na mojej nieoczywistej mapie była niedoceniana Gradowa Góra. Jeśli chcesz odwiedzić Gdańsk, żeby odpocząć, to jest jedno z najlepszych miejsc. Wystarczy wdrapać się, wcale nie za wysoko, żeby zobaczyć fantastyczną panoramę miasta. Z jednej strony dumne wieże starówki, z drugiej przemysłowa stocznia, a wszystko w cichym zgiełku miasta, które nieprzerwanie opowiada swoją historię. Jest ona tam widoczna, szczególnie kiedy przypomnimy sobie, że na dole stromych skarp, którymi otoczone jest wzniesienie, znajdowała się sucha fosa, jeden z elementów obrony tego nieocenionego w tym aspekcie punktu. Na szczycie natomiast znajduje się Hewelianum – centrum nauki nie tylko dla najmłodszych. Na uwagę zasługuje również podświetlany w nocy Krzyż Milenijny postawiony w celu upamiętnienia Wielkiego Jubileuszu Roku 2000. Ciekawostką jest, że krzyż został postawiony dokładnie w miejscu, gdzie w czasie trwania II Wojny Światowej stało działo przeciwlotnicze.



Adres wzniesienia: ul. Gradowa, Gdańsk
Trzecim punktem tego dnia była niespodzianka. Sama byłam mocno zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że w Gdańsku działała kiedyś… skocznia. Pierwsze skojarzenie natychmiast wywołało dysonans – góry nad morzem? Gdzie? Kiedy dotarłam do odpowiednich informacji, okazało się, że nie tylko góry i skocznie mogą być nad morzem, ale także doliny, między innymi Dolina Radości, w której zlokalizowana była skocznia. Mimo największego potencjału nieoczywistości, a co za tym idzie największych nadziei na zaskoczenie, nie udało mi się dotrzeć do skoczni. Zwiedziłam za to Dolinę Radości, która okazała się bardzo rozległa, cicha i jakby odcięta od hałasu tętniącego obok miasta. Jest świetnym miejscem na wycieczki rowerowe, ponieważ tutaj spotyka się wiele tras rowerowych prowadzących z i do miasta. Dowiedziałam się jednak, że drewniana konstrukcja ozdabiała okolice jeszcze w latach 90, kiedy czasy świetności skoczni już minęły wraz z odejściem lat 50 i 60 ubiegłego wieku. Podobna sytuacja spotkała skocznię (kolejną!) w Dolinie Samborowo. Wzniesienie nie zostało jednak zapomniane i dziś nosi nazwę nadaną mu przez kolarzy wyczynowców, którzy chętnie tam dają upust swojej energii – Tomac.
 Cały wyjazd zakończyłam kojącym spacerem po znanych i mniej znanych zaułkach Starego Miasta. Porządkowałam sobie w głowie wszystko, co zobaczyłam w miniony weekend. Klucząc między znanymi szyldami i tłumem turystów uświadomiłam sobie jedną bardzo ważną rzecz – wracając do znanych mi miejsc, nawet tak magicznych, jak centrum Gdańska… nudzę się. Nie oznacza to, ze przestaję lubić te swoje miejsca, ale kiedy patrzysz na świat z drugiej strony, tej nieoczywistej, z której istnienia czasami nie zdajesz sobie sprawy, nagle sentyment przestaje być dominujący i ustępuje miejsca ciekawości. Skoro w Gdańsku znalazłam skocznię, czego zupełnie bym się nie spodziewała nad morzem, to prawdopodobnie jest tu jeszcze wiele innych miejsc, które mogą mnie zaskoczyć. Widzicie, zwiedzanie to nie tylko muzea i kupowanie do nich biletów, żeby posłuchać przewodnika. To także zaspokajanie ciekawości na własną rękę, często przez doświadczenie i poszukiwanie, szczególnie miejsc nie oznakowanych jako warte zatrzymania się i obejrzenia. Moja wędrówka w miejsca nieoczywiste z całą pewnością tutaj się nie kończy. Przeciwnie – im dalej
w Rzeczpospolitą, tym Nieoczywiste ciekawsze.

Gdańsk Oczywisty

Jak zawsze przed wyprawą, na której chcę zwiedzać miejsca nie odkryte, przypominam sobieo tym, co jest już znane. Robię to, aby nie trafić znów na te same zabytki, które znamy już wszyscy z historii, zdjęć znajomych czy Internetu. Nie to, że mam coś przeciwko – dokładnie odwrotnie! Oczywistym jest, że to, co najpiękniejsze, największe, najbardziej spektakularne zawsze będzie najłatwiejsze do znalezienia,
a przez to najpopularniejsze. Nie zrozumcie mnie jednak źle – popularność nie odbiera przecież atrakcyjności, dokładnie tak samo, jak nie-popularność. Lubię przypomnieć sobie też o charakterze miejsca do którgo się wybieram, jego historii, przejściach i efektach, jakie przyniosły. 
Uporządkujmy sobie jednak te Sprawy Oczywiste, aby trafić w te mniej znane miejsca. Miastem, które odwiedzę jako pierwsze jest Gdańsk – niespełniona miłość, miejsce które pokochałam pojawiając się tam po raz pierwszy w wieku kilku lat na koloniach. Tamta pierwsza wycieczka, a także kilka kolejnych sprawiło, że zakochałam się we wszystkich wieżowcach, płytach na Długim Targu, kamienicach na Mariackiej i historii, która nieśmiało wyłaniała się z każdego rogu tańcząc z nowoczesnością w harmonii, którą gdzie indziej trudno byłoby osiągnąć. Jako kilkuletnie dziecko łatwo uległam temu urokowi, tworząc sobie w głowie obraz z kilku miejsc/wspomnień/budynków, które dla mnie powinny być tam wieczne. Tym sposobem pierwszym symbolem, jaki pojawia się, kiedy myślę o Gdańsku jest Szkolne Schronisko Młodzieżowe na ulicy Wałowej. To tam zawsze nocowaliśmy z moimi rodzicami, którzy byli opiekunami
i bandą dzieciaków, które często miały problem z trafieniem do swojego pokoju. Trochę zieleni, ciemna cegła, z której budowane było schronisko, tablica przy ogrodzeniu, betonowe boisko i skrzypiące schody do kuchni w piwnicach kojarzą mi się do tej pory jako gwarantujące dobrą zabawę. Czujecie już ten letni, beztroski nastrój?
Drugim symbolem stał się dla mnie Hotel Heweliusz. W czasach, kiedy go widywałam, był to niezbyt piękny, żółty wieżowiec, na tyle jednak charakterystyczny, że wbił mi się w pamięć jak szpilka pod paznokieć. Czasami siadywałam na oknie w pokojach na ostatnim piętrze schroniska i zastanawiałam się, jaki wspaniały widok musi rozciągać się z tamtego budynku po zmroku. Z każdego miejsca w mieście sprawdzałam, jak widać tego żółtego kolosa, a kiedy wiedziałam, gdzie jest, czułam się jakoś dziwnie bezpieczna. Dla kilkulatki również nazwa była łatwa do zapamiętania – niespotykane, a jednak nietrudne do wypowiedzena słowo, którego nie znały inne dzieciaki w klasie.
Ostatnim symbolem jest Sołdek – muzeum na wodzie po „drugiej stronie Motławy”. Nie kojarzy mi się on jednak pozytywnie – jest raczej wspomnieniem, które brzęczy jak łańcuchy, które utrzymują statek przy brzegu. Może spowodowane to było tym, że nie bardzo rozumiałam, po co biegamy po statku, który nawet nie pływa i musimy słuchać tych śmiesznie ubranych marynarzy. Tak, jako kilkuletnia dziewczynka uważałam, że czarne mundury i białe czapki  są komiczne. Szczególnie bawiło mnie to, że panowie cały czas byli nienaturalnie wyprostowani, co przecież musiało być niesamowicie niewygodne. Dopiero z wiekiem zaczęłam doceniać taką postawę u mężczyzn. W efekcie Sołdek wspominam chyba ciągle z lekkim niezrozumieniem i ciekawością.



Niewiele pamiętam z opowiadanej wtedy historii Gdańska. Wszystkie moje pobyty tam przepełnione były pozytywnymi emocjami, nie skupiałam się na zapamiętaniu tego, kiedy wybudowano Dwór Artusa
i dlaczego jest Brama Nizinna jest nizinna. Zróbmy sobie skróconą powtórkę z historii.
Ze względu na położenie u ujścia Motławy do Wisły i w bliskim sąsiedztwie morza, Gdańsk zawsze cieszył się popularnością. Początkowo zamieszkiwany przez ludność słowiańską i rządzony przez książąt pomorskich, stopniowo przyjmował z zachodu kolejne rzesze kupców i rzemieślników wędrujących bardzo popularnym szlakiem handlowym. Dzięki atrakcyjności płynącej z położenia, Gdańsk uzyskał prawa miejskie w 1237 r. dzięki księciu Świętopełkowi II. Jego syn, Mściwój II, zawarł w 1282 r. pakt, w którym przekazywał swoją ziemię księciu Wielkopolski, Przemysłowi II. Na mocy tego paktu stało się możliwe przyłączenie Pomorza Gdańskiego do Polski. W 1308 r. Brandenburczycy zajęli miasto. Gród w tamtym czasie broniony był przez kasztelana Boguszę. Na pomoc w walce z Brandenburczykami wezwani zostali wtedy Krzyżacy. Niestety, ci uznali miasto za warte ich czasu i środków, więc zdobyli gród. Po zajęciu zamku dokonali tak zwanej „rzezi Gdańskiej”.
Mimo jarzma, jakie zakon nałożył na mieszkańców miasta, to za ich panowania powstał między innymi Wielki Młyn, najpotężniejsza budowla portowa, którą podziwiać możemy do dziś. Równie wymierne korzyści dawał Gdańskowi Związek Miast Hanzeatyckich, do którego miasto należało w latach 1361 – 1669. Spichlerza Hanzy strzegł symbolicznie lew, który później w parze z kolegą z gatunku stał się elementem herbu Gdańska, po raz pierwszy pojawiając się na pieczęci w 1457 r. Wcześniej herbem były dwa srebrne krzyże na czerwonym polu, przyjęte jako herb podczas panowania krzyżackiego.
Po druzgocącej klęsce Krzyżaków pod Grunwaldem 1410 r. Gdańsk opowiada się za królem Polski, jednak ostatecznie zakon zostaje wypędzony z Gdańska w 1454 r. Kazimierz Jagiellończyk przyłącza oficjalnie Gdańsk do Korony, a mieszkańcom nadaje liczne przywileje. Najważniejszy z nich, Wielki Przywilej, zwany też subsydiarnym, gwarantował zniesienie wyładunku towarów transportowanych
z Polski, Litwy i Rusi w komorach celnych. Król zniósł też cło funtowe, które ustanowione przez Krzyżaków, stało się powodem niezadowolenia gdańszczan. Zdjęcie narzuconych przez Krzyżaków ceł zaskarbiło królowi wdzięczność miasta, które odtąd w herbie ponad srebrnymi krzyżami dumnie nosiło Jagiellońską koronę.


Po II rozbiorze Polski miasto niestety nie było już w stanie bronić się, jak w przypadku Potopu Szwedzkiego i w 1807 r. poddało się Francuzom, zyskując status Wolnego Miasta Gdańska. Niestety, tylko do 1814 r., po którym kolejne 40 lat określane jest jako czas wielkiego kryzysu dla miasta.
W 1919 r. Gdańsk zyskuje miano Wolnego Miasta, nad którym pieczę sprawuje Liga Narodów.
W latach 30 XX w. w Gdańsku nasilił się terror i rosnący faszyzm, a w 1939 r. to właśnie tam rozpoczęła się II Wojna Światowa, kiedy pancernik Schlezwig-Holstein ostrzelał polską załogę wojskową pod wodzą majora Henryka Sucharskiego na Westerplatte. W 1945 r., tuż przed zakończeniem wojny, Gdańsk został zmieniony w płaskie pole pełne szczątków niegdyś pięknych budowli. Na szczęście niedługo potem rozpoczęły się prace mające na celu odbudowanie miasta, co działo się przez kolejne lata, doprowadzając Gdańsk do dawnej świetności.
Dopiero rok 1970 pozostawił rysę na obliczu miasta, które stał się synonimem braku pokory
i niezłomności, a które ponad wszystko ceniło własną wolność. Wtedy to w grudniu otworzono ogień do strajkujących robotników, których do dziś upamiętnia Pomnik Poległych Stoczniowców, zwany również Trzema Krzyżami, przy wejściu do Stoczni Gdańskiej.
Dzięki tej nie - pokorze Gdańsk, a konkretnie „gdański sierpień” 1980 r. stał się początkiem rozpadu powojennego porządku w całej Europie. Strajki które zakończono podpisaniem Porozumień Sierpniowych w Stoczni, spowodowały, że mapa polityczna kontynentu zaczęła kształtować się na nowo. Lech Wałęsa, który został I Prezydentem III Rzeczpospolitej oraz otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla, stał się dzięki temu nie tylko symbolem Gdańska, ale również przemian politycznych w całej Europie.
W 1997 r. Gdańsk uroczyście obchodził tysięczną rocznicę powstania miasta, czcząc swojego patrona, Św. Wojciecha, za sprawą którego tysiąc lat temu po raz pierwszy odnotowana została nazwa grodu nad Motławą. Otwarty na świat Gdańsk był na przestrzeni swoich długich dziejów miastem wybitnie europejskim. Stara łacińska sentencja umieszczona na wielkim herbie miasta brzmi: "Nec temere, nec timide", czyli "bez strachu, ale z rozwagą", co obrazuje charakter miasta, jego temperament i wspomnianą wyżej nie – pokorę, która mimo ogólnie negatywnego znaczenia, temu miastu nadała wyjątkowe usposobienie do dziś przyciągające turystów z całego świata.

W ten właśnie sposób turyści myślą o Gdańsku – jako o mieście z bogatą historią, kulturą i ofertą turystyczną. Zaczynając od Długiego Targu, przez ul. Mariacką, Żurawia nad Motławą, piękny ratusz, Kościół Mariacki, aż do Stoczni i Parku Oliwskiego, miasto zachwyca.
          Lekkim rozczarowaniem do "odkrywcy" było również to, że wszędzie, gdzie się nie obejrzeć, czekają restauracje, które bez problemu można znaleźć w każdym większym polskim mieście. Poza barem mlecznym Neptun na Długiej, który przyciąga świetnymi domowymi obiadami i cenami, które ucieszą studentów jak kieszonkowe za obecność na wykładzie, gdzie się nie obejrzeć sieciowa pizza, kebab i burger. Strasznie psuje to klimat miejsca które z założenia miało być niepowtarzalne. O tym, co znalazłam szukając czegoś nieoczywistego, już w kolejnym wpisie.



Źródła:

Wstęp

          Prawdopodobnie w życiu każdego z nas są takie momenty, kiedy przytłacza nas wiele spraw - zawodowych, prywatnych, związanych z naszymi planami na przyszłość. Narzucamy sobie zbyt dużo obowiązków, którym nie zawsze jesteśmy w stanie podołać, co wywołuje frustrację i wewnętrzne zniechęcenie. Jesteśmy osłabieni, czy wręcz zatruci niepowodzeniami. W takich chwilach warto zresetować się i na kilka dni zmienić otoczenie fundując sobie krótki, choćby weekendowy wyjazd.
            Przez długi czas przeżywałam podobne rozterki tłumacząc się sama przed sobą, że odzyskam  energię i radość działania po kolejnym sukcecie. Maniakalnie podejmowałam się co raz to nowych zadań, których wypełnianie wcale nie sprawiało mi staysfakcji, wręcz odwrotnie - pogłębiało moje zartucie.
W pewnym momencie powiedziałam STOP. 
              Aby przerwać błędne koło sukcesów, które nazywałam porażkami, postanowiłam wybrać się na wycieczkę do Gdańska, miejsca, gdzie zawsze najlepiej mi się odpoczywało. Zwiedziłam to miasto już kilkakrotnie i po chwili od kiedy poczułam pierwsza ekscytację na myśl o podróży, przypomniałam sobie, że znam to miejsce już na pamięć, gdzie mogłabym więc tam odpocząć? Dokładnie wtedy zrodził się pomysł na bloga. Doszłam do wniosku, że odpoczynek, który tak łatwo przychodził mi w Gdańsku wcześniej płynął ze wspaniałej świadomości, że jest tu tyle do zobaczenia, a ja nadal nie wiem o mieście wszystkiego i ciągle mogę je stopniowo badać i zwiedzać. Postanowiłam więc sprawdzić, czy w miejscu, które pozornie znam na wylot, zostało jeszcze coś do odkrycia. W ten sposób zaczęłam patrzeć na Gdańsk jako na miasto pełne tajemnic i mimo swojej turystycznej przystępności nadal tajemniczo nieoczywiste.
            Wzięłam więc dwa dni wolnego i rozpoczęłam podróż po Rzeczpospolitej Nieoczywistej.
O efektach będę informować w kolejnych wpisach. Przystanek numer jeden - Gdańsk.